Przyznam szczerze, że już długi czas nosiłam się z zamiarem pozbycia się smoczka z akcesoriów domowych. Oczywiście ze względów higienicznych. Zważywszy na fakt jak często lądowaliśmy ostatnio w szpitalu, czułam wewnętrzną matczyną powinność. Tylko wiecie z czym to się wiąże… z histerią i długim szlocho-płaczem.

Najtrudniej patrzeć na swoje dziecko kiedy się wie jak wiele znaczy taki uspokajacz, a jest odbierany. Lecz emocje wzięły górę i o dziwo słuchajcie nie był to koniec świata.

Mój mały skarb będzie miał za chwilę (dosłownie) dwa latka. Jest kumaty i faktycznie wie co się do niego mówi, tak więc tłumaczenie mu w języku, który nie jest mu obcy jest argumentem ZA. Tak sobie pomyślałam i tak zrobiłam.