Założę się o 100$. że każdy miał taki moment żeby powiedzieć sobie: dość tego. Nic tu po mnie, pakuję manatki i wio stąd. Ja dojrzałam do decyzji ucieczki. Oj tak, tak! Nazwać to ucieczką to nie grzech, skoro uwierają cię sprawy prywatne, uwierają cię sprawy zawodowe, trzeba coś zrobić!

Dlatego postanowiłam zacytować w tle piosenkę Zbyszka Wodeckiego Rzuć to wszystko, wszystko co złe / Co gnębi cię  / Zostaw troski za sobą gdzieś / I ze mną pędź / Właśnie ze mną!, która z resztą jest niezwykle esencjonalna. Wpasowała się w kontekst wyjazdu, a wciąż eksponowane brzmienia puzonu i flecików oraz tekst „niech inni w grudniu my kwietniu” idealnie pasuje do mnie i Michała, bo są to nasze daty urodzin. Ach, jak ja lubuję się w takich fajerwerkach zbiegów okoliczności.

Luleå. Jak się przeprowadzić?

Tuż za naszym domem….ścieżka do jeziora. Zamarzniętego. Jest -26 stopni kiedy wykonuję to zdjęcie.                                            Ręce zamarzają. Gile w nosie też.

Przeprowadzka sama w sobie zawsze jest stresująca, ale przeprowadzka z dzieckiem, którą to właśnie zaliczyliśmy należy zapewne do najtrudniejszych zadań jakie dane nam było wspólnie z Michałem przeżyć. Kierunek jaki obraliśmy to północ Szwecji – Luleå (wym. Lulio). Zwłaszcza zimą miasto jest niemalże całkowicie zasypane śniegiem. Wiem to, bo pisząc dla Was ten post jestem już 16 dzień w tej baśniowej krainie, która według samych mieszkańców jest Laponią Szwecji. Wracając do przeprowadzki…Naszym zamysłem było zabrać z Polski dosłownie wszystko co na przestrzeni wspólnych lat mozolnie budowaliśmy. Co do joty… a nawet co do…kwiatka, tak! Wyliczyliśmy planując jakieś 40 kartonów i meble, a wyszło ich 75, meble, dwa rowery, wózek, sanki, 5 walizek i 8 kwiatków.

Samo pakowanie może przyprawić o ból głowy, ale hola hola hold up, najpierw nie mogliśmy znaleźć firmy do przeprowadzki. Niemalże każdy telefon kończył się tekstem: Pani, do Laponii w zimę?! A jak ja pani tam wyjadę? Czasem też podawana była tak zaporowa cena, że zastanawiałam się, czy to na pewno firma działająca? (Nawiasem mówiąc, ta zaporowa była jedyną z możliwych. Finalnie). Zdecydowanie więc odradzam przeprowadzać się zimą (porada nr 1). To bardzo wyczerpujące dla wszystkich, dla kwiatków też. O tym później. Zdecydowanie pięknie jest zrobić legendę (na A4) rzeczy znajdujących się w pudłach tak by była ona niezależna i pod ręką – definitywnie nie piszcie notatek na kartonach. Legenda przy takiej ilości rzeczy MUSI być niezwykle skrupulatna, o czym przekonuję się codziennie, nadal nie mogąc znaleźć np.okularków do pływania, bo nie dołączyłam ich do stroju, klapek i czepka. (brawo)

Porada nr 2. Kochani! Kwiatków się nie wiezie zimną do Luleå. To nie tylko porada, a także zasada. I mimo, że chłopaki z Kwiaty i Miód uprzedzali mnie, że wszystkie mogą paść – nie posłuchałam. Bo nadzieja umiera zawsze ostatnia, prawda? Ostatecznie z 8 nie ucierpiały tylko dwa, a w zasadzie dwa i pół. Reszta m-a-r-t-w-a, choć w fazie domowej reanimacji. Podróż trwająca 3 dni w zimnie (podobno w transporcie były nawet minusowe temperatury), bez słońca, wody –  po prostu je wykończyła.

Porada nr3. Doskonałym rozwiązaniem okazała się taktyka: rzeczy jadą dwa dni wcześniej niż nasz wylot. To dało nam jeden dzień na ogarnięcie mieszkania, przygotowanie go pod wynajem i spokojne dopakowanie walizek. Nieco oddechu w takiej sytuacji ratuje tyłek. Reasumując graty pojechały samochodem, myśmy polecieli.  Królewsko.

Jak się przygotować?

Czy to zachód słońca w Łebie? Nie, to zamarznięte jezioro, a raczej jego środek z widokiem na miasto

Wszystko zależy od okoliczności w jakich macie zamiar żyć. Myśmy jadąc tu, wiedzieli, że Michał ma tu pracę, toteż wszelkiego typu formalności załatwiane były kilka miesięcy wcześniej wedle wskazówek przyjaznych dusz i szefostwa. Jeśli myślicie wyjechać „na ślepo” i rzucić się w wir przygody – odradzam, bo kontekst społeczny w szukaniu mieszkania czyli podstawowej rzeczy to dla nas Polaków egzotyka.

Uwaga teraz cały łańcuszek zależności. Chcesz mieszkanie? – wynajmij. Mnie to zajęło 6 miesięcy, codzienne wertowanie i przeglądanie ofert. Nie byłam wybredna. Nie było i nie ma ofert. Mieszkamy obecnie w mieszkaniu tylko przez 3 miesiące, potem szukamy dalej. Żeby wynająć mieszkanie w Lulea musisz starać się o nie wieeele wcześniej niż planujesz wyjazd. Wynajmujesz jako imigrant nie od kogoś, ale tak jakby od wspólnoty/spółdzielni państwowej, która sprawdza dokładnie kim jesteś, po co przyjechałeś, czy masz pesel szwedzki…właśnie. Żeby cokolwiek załatwić musisz mieć szwedzki pesel Personnummer, trzeba na niego czasem czekać miesiącami, ja akurat dostałam po 2 tygodniach. Jeszcze większym zagadnieniem jest wypełnienie  formularza o pesel, ponieważ napotkasz się na rubrykę: adres zameldowania. Jak to?-  pytasz, przecież co dopiero przyjechałeś. Nie pomogę w tej kwestii, ale uprzedzam, że łatwo nie jest. Wisienką na torcie jest przedstawienie umowy o pracę. Tak! By dostać mieszkanie, musisz mieć też pracę. Ale przecież pesel? -pytasz. Ale przecież dopiero przyjechałam, jak to?- pytasz, ale przecież…no właśnie. Koło się zamyka.

A teraz kolejne kwestie tj przedszkole dla dziecka (meldunek i pesel), bank/konto (pesel), szkoła językowa do której cię zachęca państwo, darmowa szkoła! Tylko musisz mieć ten pesel no i…meldunek w mieszkaniu. Tylko i aż.

Jako, że decydujesz się na wyjazd jesteś przygotowany na wszystko i zakładasz wewnętrzną siłę, zaradność, otwartość i wiarę w cuda. Tak jak my! Jesteśmy! Udało się, ani trochę nie jest łatwo, ale na razie WARTO.

Tylko spójrz….

Temperatura minusowa, lekkie – 26. Nie mam siły na zdjęcie aparatem, palce zamarzają, telefon siada po 4 minutach, jednak robi jedno zdjęcie…To drugi dzień pobytu.

 

 

Author

1 Comment

  1. Pingback: Krajobraz – Olathome

Write A Comment