Przyznam szczerze, że już długi czas nosiłam się z zamiarem pozbycia się smoczka z akcesoriów domowych. Oczywiście ze względów higienicznych. Zważywszy na fakt jak często lądowaliśmy ostatnio w szpitalu, czułam wewnętrzną matczyną powinność. Tylko wiecie z czym to się wiąże… z histerią i długim szlocho-płaczem.

Najtrudniej patrzeć na swoje dziecko kiedy się wie jak wiele znaczy taki uspokajacz, a jest odbierany. Lecz emocje wzięły górę i o dziwo słuchajcie nie był to koniec świata.

Mój mały skarb będzie miał za chwilę (dosłownie) dwa latka. Jest kumaty i faktycznie wie co się do niego mówi, tak więc tłumaczenie mu w języku, który nie jest mu obcy jest argumentem ZA. Tak sobie pomyślałam i tak zrobiłam.

Godzina 3:40 słyszę „mniam, mniam” czyli czas wstawać dać butlę (a ten temat to już na inną rozmowę) – śmigam więc do kuchni, robię co trzeba, po omacku daję Amusiowi butlę i czekam aż skończy, wszystko załatwia autopilot…wiem, że to znacie. Kładę się, pościel jeszcze cieplutka, wracam do układanki. Nagle (około pół godziny później jak się zaraz okaże) słyszę trzask smoczka o ziemię i „o nie” – cichutko, po czym chwilę później ” o nije” – no to otwieram jedno oko, patrzę pacjent wisi już na łóżeczku i sprawdza czy śpię.

Pada kolejne, mega głośne „o ni-je” myślę sobie, jasny gwint, codziennie to samo- budzi się, rzuca smokiem o ziemię, krzyczy „o nie” i czeka aż podniosę i tak… ze 20 razy. Nie zareagowałam, mówię damn…czy to będzie tak wyglądać już zawsze?!

Te noce, nie dość, że butla, to jeszcze ten smok, którego dźwięk jak spada  na panel w sypialni znam na pamięć… do końca życia znam, znam, znam. Wiecie co?! Walnęłam na spokojnie gadkę…wróć… najpierw była histeria do 5:00, no może kilka minut po. Różne ciiii, spróbuj zasnąć, myszeczko, fara fira… i teraz – wstałam, patrzę mu prosto w twarz, choć ciemno jeszcze, walę na spokojnie gadkę o tym jak: „przyszedł do mnie smoczek i uznał, że już jego rola zakończona, że inne dzieci go teraz potrzebują, (…) wspólnie z jego wspólnikiem (smoczek nr 2) ustalili, że Amuś  jest na tyle duży, że nie potrzebuje już ciukać, (…) smoczek wyśmiał pomysł podnoszenia go, mówiąc feee z ziemi?! Poza tym zdradził mi sekret, że Amuś zasypia, chwilę pociuka i wyjmuje z buzi, a ten smoczek to się nudzi bo nic nie robi… itd. itp. słuchajcie z a s n ą ł i spał do rana.

Kolejnego dnia nie było łatwo, ale… w ciągu dnia zauważył gdzieś smoka leżącego pod łóżkiem, tego drugiego. Szybko go zabrałam, ucięłam mu ogonek i pokazałam Amusiowi, że zepsuł się, albo został zabrany do innych dzieci. Wszystko oczywiście mega spokojnym tonem, troszkę pół żartem. Pozwoliłam mu później wziąć go do ręki i rytualnie rzucić nim o ziemię, że to niby ten ostatni raz go żegnamy mówiąc fee, my tacy jesteśmy ho ho ho dorośli…

Wraz ze Starym biliśmy mu brawo jak rzucił, daliśmy całusa i wszystko podciągnęliśmy pod osiągnięcie co najmniej równe nagrodzie Nobla. Jego mina zdziwienia, zaakceptowania faktu, że jest duży, dojrzały i… te łzy przestające cieknąć wraz z nieśmiałym uśmiechem… słuchajcie bomba. Sama się wzruszyłam.

Dziś (dwa dni po akcji) kładąc go nawet nie zapytał o „to”, ale faktycznie długo zasypia i trzeba go przytulić i leżeć z nim, jednak nie ma mowy o smoczku. I to jest super fajne.

Życzę Wam powodzenia, Mamusie, może troszkę Wam pomogłam, nie wiem.

W kolejce stoi odbutlowanie nocne… obawiam się, że tu już śmiechu nie będzie.

 

 

Author

Write A Comment