Nie wiem czy tylko ja jeszcze nie próbowałam czy nie, ale odkryłam przysmak życia. Masło pistacjowe. Jestem wielką fanką pistacji choć mój tyłek i uda nie mogą powiedzieć tego samego. Nie mniej jednak gdzieś obiło mi się o oko w katalogu na K., a że pierdyliard razy przechodziłam na dietę – nie jedz tego samego w kółko – uznałam, że wprowadzenie masła koperkowego ( też wypas ) i pistacjowego – ma sens. Oczywiście potem okazało się, że to niebezpieczne, ale zarazem pchnęło mnie do napisania tego postu. Nie będę się wygłupiać by szczegółowo opisać, ale…mielę pistacje w młynku od dziadka następnie na masełko proszę ja Was na małej patelni podsmażam i dosypuję trochę cukru, lub ksylitolu ( ostatnio w Lidlu rzucili, więc kupiłam) czekam aż się zleje w jedną masę. Jak czuję zapach to oznacza, że już jest czas. Potem stygnie i do lodówki. Cóż to jest za droga, niebezpieczna impreza! Ale przynajmniej ten rodzaj tłuszczu to nie czekolada. Jestem pewna, że po pierwszym kęsie…słoik sam się opróżni.

Taka piątkowa gra na weekend.

Author

Write A Comment