NAMIOT DLA DZIECI

Marzyło mi się to w dzieciństwie, ale zawsze kończyło się na stole przykrytym kocem – nie takim miękkim tylko takim niemieckoszorstkim w obrzydliwe pasy, czy kratkę… nie pamiętam. W każdym razie krzyk rozpaczy dizajnu. A pamiętacie to??

DYGRESJA

W 90 latach jak pojawiły się pierwsze Złote Łuki (czytaj McDonald’s) na Świętokrzyskiej i wszystko kosztowało po milion dolarów moja Mama zabrała mnie i mojego brata na otwarcie…To był szał! Kolejki po colę i hampeksa… Tak, jadłam to. Jadłam to długo długaśnie, nawet w liceum uciekając ze szkoły w Katosach cisnęłam na Stawową. Pamiętam nawet czasy jak myślałam, że sałatka tam jest zdrowa…i pamiętam, że za wodę mineralną z lodem się nie płaciło.

No więc Mama zabrała mnie i brata do Z.Ł. – były dwie tury. W jednym tygodniu każdy kupił po dwie rzeczy. Jedliśmy tak, żeby opakowania się nie zniszczyły, aaaaa! Jedliśmy nie uszkadzając ich! Szaleństwo. Na przykład Apple Pie, które to parzy za każdym razem język, usta i przełyk, a ty zastanawiasz się czemu o tym nigdy nie pamiętasz i spływa nadzieniem po tej tekturze/opakowaniu więc chowasz to ciastko do wewnątrz, taki odruch…Poezją tego nie nazwę. Dawniej wyglądało to tak: byliśmy dziećmi z żelaza, chowaliśmy ten mikrofalowiecki syf w buzi, parząc się i nigdy nie czując smaku…ale  opakowanie pozostawało nienaruszone, jedliśmy tak by się nie pobrudziło. Czemu myśmy to robili? A no właśnie dlatego, że jak moja Mama zrobiła nam pseudo namiot z niemieckoszorstkich kocy (choć to pewnie były Zakłady Bytomskie… )to clue namiotu dotyczyło zabawy w klienta i kasjera. Więc te wszystkie pobigmacowe steropiany (jeszcze wtedy z tego je robili) były bardzo ważne. Opakowania po napojach luzik, ale folia po hampeksie?! Człowieku, jakie wygibasy by mieć tę niemalże niezgiętą i nieutłuszczoną serem folię.. Co więcej… to było normalne…W sklepach dopiero co Barbie się pojawiła, więc te ceny też nie przekonywały. Dzieci robiły sobie zdjęcia przy opakowaniach lalek- ja robiłam! Jak znajdę to wrzucę. Nie mam na niej 4ki (zęba) bo akurat wypadł. Tak to był smutek, nawet szajskiego plastiku z Fisher Price nie było. Nic a nic. O zestawach z NRD mogły marzyć dzieci rodziców wyjazdowych. My mieliśmy takie atrakcje. Koniec dygresji.

WRACAJĄC DO TIPI

No i pomyślałam sobie, że ten Amuś mój kochany to na bank by chciał taki namiot co go zakryje, będzie ciemny i tak potajemnie będzie „sprzedawał”kolegom jakieś współczesne hampeksy, czyli… nawet sobie tego nie wyobrażam. Wkrótce obchodzić będzie 2 urodziny no więc tak sobie myślę, na razie to ja będę się tam z nim chować. Czyli odbiję sobie niedomówienie z dzieciństwa i wkręce w to swoje dziecko.

Zabrałam się do pracy. Szybko mi nie poszło, ale mniej więcej opowiem Wam jak to zrobiłam, a potem wrzucę pierdyliard zdjęć.

TIPI ROBOTA

Wiedzieliśmy ze Starym, że ma być 5 ramienny, żebyśmy się tam w trójkę spokojnie pomieścili, więc sobie pomierzyliśmy co i jak. Na pierwszy zakup poszedł materiał – Ikea 7zł za metr najtańsza bawełna, takie płótno. Jednolity kolor.  Wiedzieliśmy, że będziemy kolorować farbami do tkanin. W domu powycinałam 4 trójkąty, a na 5 materiału nie starczyło… więc na szybko znalazłam starą pościel z Ikea również. Odetchnęłam. Był komplet ścian z czego jedna przycięta na drzwi. Zaczęliśmy zabawę z farbami. Z ziemniaka zrobiliśmy pieczątki, starym dobrym sposobem – wzorki, kształty nawiązujące do wigwamu, ale też nie na serio, co nam na myśl przyszło – rysowaliśmy. Na koniec odcisnęliśmy stópki i rączki Amula na drzwiach w ramach pamiątki, a potem nasze dłonie. Następnego dnia Michał pojechał po 5 kijów do Castoramy, nie pamiętam ceny, ale raczej sprawy były groszowe. W domu kije zostały przycięte z wysokości bo wydawały się za wysokie  – 1,80. Rada ode mnie ? Nie przycinać jak się jeszcze nie wie jaki będzie efekt. Zabrałam się za zszywanie.

Powiedzmy, że samo zszycie jest banalnie proste, ale zagwozdką były tunele do których te kije miały wejść! Wiecie stelaż by się to wszystko nie wygrzmociło i zawaliło. Nic a nic nie wiedziałam jak to zrobić, żeby zrobić to dobrze. Aż musiałam się napić, żeby skumać, że tunele są totalnie niepotrzebne i zszyłam po prostu materiał na objętość kija – brzmi niezrozumiale, ale za to na zdjęciu wszystko się wyjaśni.

Na sam koniec wywiercone zostały dziury na sznur (20 cm od góry i  równo) i związaliśmy kije. W sumie proste to i przyznam, że mieliśmy zabawę robiąc to. Oprócz tradycyjnych farb zainwestowałam w fluorescencyjną…czad po zgaszeniu światła jest w cenie 🙂

Według mnie jest bardzo fajnie. Zwłaszcza, że jara się nie tylko Amek, ale i my. Oczywiście na zdjęciach widać tylko 60% wypasu. Jak zdjęcia gór z wakacji. Nie oddają czadu i potęgi 🙂

Oto efekty….

nie szło nam to obliczanie od samego początku…ale teraz już wiemy co i jak i chętnie się podzielę przepisem jak mnie ktoś poprosi.
Bardzo ładny ten materiał. Fajna faktura na ten konkretny plan

zdecydowaliśmy się m in. na takie kolory. Róż jest blady, zieleń bardzo trawiasta, a szary w zasadzie grafitowy. Z płótnem koreluje na 5 i fajnie sprawdza się w salonie, więc jasność wigwamu optycznie go powiększa

 

dodałam jeszcze turkusową farbę – wpasowała się idealnie

 

 

 

 

 

 

Author

Write A Comment